wtorek, 8 września 2015

Rozdział 4

Witajcie kochani!
Przepraszam, że tak długo nic nie dodawałam, ale oto jest rozdział 4 :)
Dedykuję go Marysi, Wice i Oldze, które bardzo mi pomogły.
Miłego czytania!

--------------------------------------------------------------------------------------------------
Tej nocy dziewczynki bawiły się świetnie. Z początku Ashley „podpierała ściany” jednak po wypiciu pięciu kieliszków alkoholu, wreszcie dołączyła do Charlotte szalejącej na parkiecie z chłopakami.

Tymczasem na płycie południowo-zachodniej (w Afryce)

-Tato proszę Cię, przestań wreszcie pić ten alkohol- westchnęła bezradnie Carmen- czternastoletnia szatynka o piwnych oczach. Stała teraz przed jej ojcem w luźnej czarnej bluzie i dresach i zbierała butelki po piwie.
-Jak ty śmiesz tak do mnie mówić, ty mały nicponiu- wydukał nietrzeźwy, po czym zamachnął się jedną z butelek celując w córkę. Ta jednak w porę się uchyliła i uniknęła pocisku, który walnął w ścianę. Popatrzyła się tylko na rozbita butelkę, podeszła i jak najszybciej pozbierała szkła wychodząc z pokoju. Następnie skierowała się do kuchni. Na jednym z krzeseł siedziała jej młodsza siostra Diana, patrzyła w okno.
Tego dnia było bardzo wilgotno przez co rude włoski pięcioletniej dziewczynki zaczęły się kręcić, opadały na ramiona. Jej małe, zielone oczka wpatrywały się w obraz za oknem. Wyglądała, jakby na coś lub kogoś czekała.
- Diana, chcesz coś może zjeść?
-Nie, dziękuję- powiedziała nieco zaskoczona obecnością siostry.- Jak tam Miron? Spotykasz się dziś z nim?
-Tak, muszę mu powiedzieć o bardzo ważnej rzeczy.
-A zabierzesz mnie ze sobą? Proszę Carmen!- powiedziała błagalnym głosem i uklękła przed siostrą
- Przepraszam ale nie dzisiaj, idź się pobawić przed domem. Ja pójdę do niego teraz- rzekła Carmen, po czym założyła kurtkę i wyszła z domu. Tego dnia pogoda nie dopisywała, ciągle padał rzęsisty deszcz i wiał silny wiatr. Dziewczyna skierowała się w stronę domu Mirona. Podczas drogi przechodziła przez małą górkę, pamiętała jak przychodziła tam z całą rodziną, aż do tego feralnego dnia... Zdarzyło się to 8 sierpnia (miała wtedy 9 lat, a Diana roczek) kiedy to podczas przyjemnej wycieczki rodzinnej, poszli na tą właśnie pobliską górkę zrobić sobie rodzinny piknik. Atmosfera była świetna i wszyscy dobrze się bawili dopóki… rodzice Carmen zaczęli się kłócić. Z początku przepychali się tylko, jednak ojciec Carmen za mocno popchnął żonę, a ta upadła, walnęła głową w stojący tam kamień i straciła przytomność. Nagle dotarło do niego co zrobił , szybko zadzwonił po pogotowie. Tej nocy czuwał u niej przy jej łóżku w szpitalu, jednak matka Carmen zmarła, od tego czasu ojciec przepija całe dnie starając się zapomnieć o tym co zrobił.
Te myśli były bardzo przygnębiające dla Carmen, chciała jak najszybciej znaleźć się w domu Mirona. W końcu dotarła do domku pod którym mieszkał. Zapukała do drzwi, kilka minut później w drzwiach stanął Miron, jej chłopak miał krótkie brązowe włosy i jasną cerę jak na Afrykanina, nosił także okulary które zasłaniały jego duże, piwne oczy. Był nawet dobrze zbudowany, ponieważ często pomagał rodzicom w pracach gospodarczych. Wpatrywał się właśnie w swoją dziewczynę.
- Chodź, wejdź do środka, proszę- rzekł i zaprosił ją do środka. Weszła, zdjęła mokrą kurtkę i powiesiła ją na wieszaku.
-Musimy pogadać- powiedziała poważnie, patrząc Mironowi w oczy.
-Czekaj zrobię nam herbaty, jesteś cała mokra. W łazience leży suszarka, idź wysusz chociaż włosy.
-No dobrze-powiedziała wzdychając. Szybko doprowadziła się do porządku, wyszła z łazienki i skierowała się do kuchni. Na stoliku leżały dwie herbaty. Usiadła na jednym z krzesełek, naprzeciwko niej siedział Miron. Patrzył się na nią zmartwiony.
-Miron, nie mogę już z tobą być, zrywam z Tobą- powiedziała, a w kącikach jej oczu pojawiły się łzy, szybko wstała, podbiegając do drzwi chwyciła kurtkę i wyszła.

To niewiarygodne, jak czas szybko leci… Nagle z początku stycznia nastał koniec. Jednak nie każdy ćwiczył tak ja Asia z Melchiorem. Prawie cały miesiąc poświęcili na przygotowania, tylko ostatni tydzień odpoczywali i tak właśnie nastał dzień wyścigu w Lesie Wybrańców.

-Boję się- powiedziałam, przytulając się do Alicji. Wiedziałam, że to może być mój ostatni dzień w życiu i mogę nie zobaczyć już moich bliskich, przez strasznie bolał mnie brzuch ze stresu. Tego dnia miałam na sobie mój nowy fioletowy kombinezon, który dostałam na Święta. Moje długie włosy były spięte w idealnego kucyka na czubku głowy.
- Nie masz się czego obawiać, wszystko będzie dobrze- powtarzała mi, próbując mnie uspokoić. Oderwałam się od niej i wzięłam ją za rękę, ciągnąc w stronę Melchiora. Stanęłam przed nim i krzywo się uśmiechnęłam, udając przed nim, że wcale się nie stresuję tym wszystkim.
-Co księżniczko strach Cię obleciał?- powiedział i uśmiechnął się szyderczo, na co ja zaczęłam chichotać, (zawsze rozśmieszało mnie to określenie) przytuliłam go życząc powodzenia, to samo powiedziałam Alicji. Odeszłam od przyjaciół i podeszłam do rodziców, pożegnałam się z nimi, po czym skierowałam się na moje miejsce startu. Cały Las Wybrańców był otoczony wielkim murem i każdy biorący udział miał wyznaczone miejsce startu, wyglądało to tak jak miejsce parkingowe, tylko że dla ludzi. Ustawiłam się na moim, czekając aż zrobią to pozostali. Nagle zamiast Helen z mojego zegarka odezwał się męski głos
- Proszę ustawić się na miejsca i przygotować do startu.- wywnioskowałam że to musiał być organizator. Zestresowałam się jeszcze bardziej, szczególnie że przede mną nie było żadnego przejścia tylko ceglany mur. Nagle na nim pojawił się napis „Gotowa do startu?”, przez co krew w moich żyłach popłynęła szybciej, a serce zaczęło bić jak szalone. W myślach cały czas powtarzałam sobie „tylko nie panikuj dziewczyno”. Wpatrywałam się w mur i wówczas tekst zmienił się na „Start”. Nagle ceglana ściana zniknęła i pokazało się przejście. Przebiegłam na drugą stronę, momentalnie mój zegarek zaczął wibrować. Zerknęłam na niego, wyświetlił się na nim tekst z zagadką
                          
                                                         Gdy się czujesz jak worek
                                                         Powal głowa w drzew korę
                                                        To na wszystko pomoże
                                                       A gdzie zrobić to możesz?


Strach mnie paraliżował i przez to nie mogłam znaleźć rozwiązania tej zagadki. Stałam wpatrując w wielki wodospad przede mną.
-Aśka! Myśl! Uspokój się! Co to może być?- strofowałam się w myślach. Wiedziałam, że zagadka nie może być trudna, powinnam ją umieć, bo dużo ćwiczyłam z Melchiorem. Siadłam na brzegu oczka, do którego wpadała woda, a jej szum dział na mnie uspokajająco. Zaczęłam rozglądać się wokół, nagle moją uwagę przykuło samotne drzewo stojące niedaleko. Spojrzałam jeszcze raz na zagadkę i właśnie mnie olśniło. Złapałam się za głowę karcąc się w myślach i zaczęłam biec przed siebie. Biegłam szukając jakiegoś lasu. W pewnym momencie wpadłam na świetny pomysł.
-Jeśli wespnę się na jakąś wysoką górę, będę widziała całą okolicę.
Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Kiedy dotarłam na sam szczyt z mojego podręcznego plecaczka wyciągnęłam mój „Tablet”(który miał za zadanie zapisywać automatycznie obraz, otaczającej go okolicy, lecz robił to tylko kiedy był na dużych wysokościach i żadne budowle mu nie przeszkadzały. Taka nowoczesna mapa) zeskanował teren pokazując mi w którą stronę mam podążać. Dzięki niemu szybko znalazłam już las. Stanęłam w nim czekając aż przyślą mi nową zagadkę. Czekałam, czekałam ale nic… przeczytałam jeszcze raz.
- Powal głową w drzew korę- przeczytałam na głos - Czy ja mam walić głową w drzewo?! Serio?!
Stanęłam przed jednym z drzew i walnęłam w nie głową, zaraz zaczęłam się śmiać „może faktycznie to na wszystko pomaga” zastanawiałam się w myślach. Nagle mój zegarek znów zaczął wibrować i pojawiła się nowa zagadka
                                                 
                                     Gdy nerwy twe zszargane 

                                        I dusza poplątana
                                  W jego szum spokojny się wsłuchaj 
                                  I na wszystkie problemy dmuchaj

Przeczytałam w myślach.
-Co szumi?-  zastanawiałam się - no pewnie jakaś woda. To ten wodospad? Nie, raczej nie! Coś co SPOKOJNIE szumi… yyyy może to…
właśnie, Morze!!
Szybko wyjęłam „tablet”, a ten skierował mnie na wyznaczony mu cel.
Przez jakiś czas biegła, jednak droga nad morze nie była łatwa. Najpierw trzeba było przedrzeć się przez wysokie trawy, następnie musiałam przejść przez mały strumyk, przez co byłam cała mokra. Zmęczona długą wędrówką postanowiłam odpocząć, niedaleko strumyczka znajdowała się dżungla. Doszłam do drzew stojących jeszcze na skraju. Szybko wspięłam się na jedno z nich, po czym wyjęłam z mojego niezawodnego plecaka podręczny hamak i powiesiłam go. Nagle poczułam głód, znów chwyciłam po plecak, wyciągnęłam z niego jedną z kanapek i picie. Usiadłam w hamaku, delektując się ciszą, jaka tam panowała. Tylko ja i ten piękny śpiew ptaków…. I jakieś wrzaski. Co? Chciałam usłyszeć, co krzyczy ten ktoś lub coś.
-Ratunku!!!- usłyszałam stłumiony lament.